Na pierwszym planie piętrowa kamienica. Z lewej strony ciągnie się w dal, obsadzony wysokimi drzewami szeroki, brukowany bulwar. Pełne kominów, piętrzące się po horyzont dachy, odrapane ściany budynków. Wszystko to niewyraźne, trochę rozmazane, jakby przez mgłę. Miejscami szczegóły giną w zbyt intensywnej czerni, gdzie indziej znów kontury zanikają w rozbłysku bieli.
Dziwny jest nastrój tego zdjęcia, ta dojmująca pustka ulicy, wzbudzająca jakiś atawistyczny lęk. Horror vacui? (Często narzekamy na przepełnione i zatłoczone miasta. Przerażająca jednak wydaje się wizja ulic zupełnie opustoszałych, zatopionych w ciszy. Jak bulwar Świątyni Daguerre'a. Jak fotografie paryskich zaułków Eugene Atgeta, które Walter Benjamin określił mianem „śladów z miejsca zbrodni”.) Gdzie podziali się wszyscy przechodnie? Powinni tu być, ci stateczni burżua z epoki ostatniego Roi des Français. Przechadzając się nieśpiesznie powinni zaglądać w witryny sklepów, patrzeć na towary wystawione w cieniu pod markizami.
Gdy przyjrzeć się lepiej, u dołu, w lewym rogu dostrzeżemy niewielkie, ciemne sylwetki. Pozostaną już na zawsze samotni na imponującej scenie wielkiego miasta. Przechodnie im współcześni zatarli się w ruchu, nie wytrzymali ciężaru wielominutowego spojrzenia obiektywu Daguerre'a. Tylko te dwie osoby, uwieczniione w błahym geście czyszczenia butów. Stali w bezruchu na tyle długo, że zostali zarejestrowani na miedzianej płytce, pokrytej jodkiem srebra. Przypadek spowodował, że uwięziono ich w piekle samotności. To jeden z pierwszych dagerotypów, na nim po raz pierwszy sfotografowano człowieka. Bez jego wiedzy.
Dziś zdjęcie zagraża nam z każdej strony. W jakimś szalonym pędzie do stworzenia dokumentacji totalnej firma Google fotografuje świat z satelity, fotografuje ulice naszych miast. Montujemy kamery w sklepach i urzędach, na rondach i skrzyżowaniach, w bankach i restauracjach. (Nawet w nowej windzie w bloku mojej babci. Skrępowanie odczuwane podczas wjeżdżania na ósme piętro z obcymi ludźmi, te dłużące się chwile, w których nie wiadomo gdzie podziać wzrok, nie wiadomo jak stanąć, jak odnaleźć się w tej ciasnej przestrzeni. To wszystko już zawsze będzie mi towarzyszyć, bo oko kamery-strażnika patrzy. Jest zawsze czujne, niczego nie przeoczy.)Jest coś uwłaczającego i wulgarnego zarazem w tym, że nasza cielesność poddawana jest ciągłej inwigilacji, ciągłemu podglądaniu. Tak jakby postęp techniczny eliminował ludzką duchowość, koncentrując się jedynie na tym co fizyczne. Obnażone i bezbronne ciało w cyfrowej postaci, ciało przetłumaczone na język maszyny.
Dla naszego bezpieczeństwa za pomocą magicznych wynalazków kapłanów najnowocześniejszej techniki, jakiś znudzony celnik będzie na lotniskach zaglądał podróżnym pod bieliznę. Fotografujemy, filmujemy, skanujemy. Niemal w każdym miejscu, w każdej chwili, wszystko, każdego. Złodzieje tajemnicy.
W genealogii nowoczesnych praktyk technicznego nadzoru „Boulevard du Temple” Daguerre'a wyznacza punkt zwrotny. To tu krzywa wykresu zaczyna rosnąć, najpierw powoli, później bez opamiętania. Zaczęło się w 1838 roku w Paryżu.
JFS