W ramach zachęty do refleksji nad sztuką współczesną oraz jej kontekstem historycznym zapraszamy na:
"Spotkanie towarzyszące wystawie „Allan Sekula. Polonia i inne opowieści” poprowadzą fotografowie:
Jakub Certowicz i Jędrzej Sokołowski / FLATTENIMAGE"
Polecamy również bloga www.niebonabetonie.blogspot.com (rodzinne koligacje nie bez znaczenia).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 9 stycznia 2010
środa, 6 stycznia 2010
W jaki sposób należy zabierać głos
To, co z jednej strony zostało nazwane „polemiką” z innej zaś „zarzutem” było w istocie próbą namysłu nad tym, w jaki sposób należy we współczesnym świecie zabierać głos. Dla wszystkich jest oczywiste, że najbardziej słyszalni są ci, co krzyczą głośno (ba! w większości przypadków tylko ich słychać) nie ważne już co krzyczą. Nie ważne nawet czy mają cokolwiek do przekazania. Doskonale rozumiem potrzebę – sam jej nie rzadko ulegam - „obrażania” czy może „dokuczania” innym ludziom. Szczególnie kiedy są to moi znajomi, i wierząc w ich inteligencję mam nadzieję, że nie odbiorą „obelg” personalnie. Raczej jako bodziec do przegrupowania szarych komórek.
Tak też potraktowałem poniższy tekst Stanisława. Z jedną różnicą: bardzo bliska jest mi idea ustanowienia w pojmowaniu świata jakiegoś porządku, zaopatrzenia mechanizmu interpretacyjnego w jakąś determinantę ważnościową. Niestety, większość tych, którzy mają podobny cel z moim nazywani są „oszołomami”. Chciałoby się powiedzieć – na własna prośbę. Nie potrafią zrozumieć, a może nie potrafią się zgodzić ze zmianą która JUŻ NASTAŁA. A podejmując działania lekceważące tę zmianę sprawiają, że są one przeciwskuteczne. Dlatego, mimo że forma, która przyjął Stanisław nie jest mi obca, zabolała mnie ona, bo odbiera nam legitymację racjonalną. Na pewno jest wyrazista i głośna, ale czy to jest cena, która warto zapłacić za popularność (z resztą ciągle jeszcze, niepewną)? Moim zdaniem nie. Lekkomyślnym byłoby utracić prawo głosu przez przypadkowe pohukiwania.
Spróbuje teraz pokrótce odnieść się do paru, z wielu problemów poruszonych przez Stanisława.
Oczywiście, że tematyka prac Nebredy czy Witkina, ich określoność formy, chciało by się powiedzieć „przewidywalność” sprawia, że są to autorzy bardziej zjadliwi dla klasycyzującego oka. Należy jednak zadać sobie pytanie – czy „fason” ten jest konieczny? Czy to nie jest ten samo rodzaj brzydoty, ta sama „dewiacyjność”, którą można spotkać choćby u Libery? W czym oni są lepsi?
„Zmierzch prawdy ostatecznej” jest niestety faktem, przed którym można się bronić dopiero uświadomiwszy go sobie. Można ślubować wiarę nowemu (swojemu) systemowi ale tylko, jeżeli przyznamy przed sobą, że dokonaliśmy arbitralnego wyboru. Różne systemy (religijne) różnie się przed tym bronią – chrześcijaństwo uznaje, że niezależnie czy się wierzy w Boga będąc prawosławnym, czy mahometaninem trafi się do nieba, jeżeli będzie się dobrym człowiekiem. Islam natomiast utrzymuje że będąc chrześcijaninem... raczej do nieba się nie trafi. Odbiera nam prawo do 72 hurys w Dżannahu. Gdy nasza, europejska, chrześcijańska kultura wycofuje się z żądań uniwersalizmu, gdzie można szukać „prawdy ostatecznej”? Tylko w sobie, tylko na własnych warunkach.
I tak Stanisław ma całkowita rację pisząc, że słowa odnoszące się do sztuki i religii wymagają ponownego zdiagnozowania i podania współcześnie użytecznych ich definicji. Problemem pozostaje jak to zrobić w świetle braku stałego odniesienia, braku „prawdy
ostatecznej”.
Dokładnie tak samo rzecz się ma z poczuciem grzechu i „dewiacji”. Ponieważ Stanisław określił siebie, jako przemawiającego zza konserwatywnego arsenału znaczeń, myślę, że jestem w stanie domyślić się co uważa za grzech i dewiację. Obawiam się jednak, że gdyby doszło do konfrontacji między Stanisławem i ludźmi tak jak on rozumiejącymi te terminy, a reszta świata, grupa Stanisława okazałby się jedną z milionów małych grupek – w żaden sposób nie wyróżniającą się na tle innych. Dlaczego więc mamy zakładać, że takie rozumienie grzechu, powiedzmy tradycyjne (dla Europy, dla Polski), konserwatywne, jest najlepsze? Na jakiej podstawie. Zabrano nam oścień przebijający bańki heretyckich myśli. Można przeciw niemu wierzgać. Oścień nie zareaguje.
Marzę, po nocach spać nie mogę wyobrażając sobie świat jednoznacznych wartości i jasnych praw. Przewidywalnych postaw i pewnych przyszłości. Ile razy nadchodzi świt, zastaje mnie z tą samą, zrezygnowaną myślą – hic transit gloria mundi. Ale nic na to nie poradzę buntując się, odwracając plecami i udając, że jednak nic się nie zmieniło, a to co się jednak zmieniło to „dewiacje”, z którymi trzeba walczyć. Dewiacje te są dla ludzi zbyt wygodne, by je tak łatwo (na razie) odrzucili. Kryje się w nich wielkie zagrożenie, ale lata minąć muszą by zostały one rozpoznane. (I pytaniem jest wobec czego jest to zagrożenie – czy rzeczywiście wobec ludzkości, czy może tylko wobec „tradycyjnego sposobu pojmowania świata” a „nowy” wcale nie będzie taki zły.)
I jeszcze słowo o Jezusie w urynie. Całkiem niedawno usłyszałem komentarz na temat tego zdjęcia brzmiący mniej więcej tak: „hmm... całkiem niezły efekt z tą gęstawą, żółtą cieczą, oczywiście można było go uzyskać w inny sposób, ale ten przecież był najprostszy”. - Punkt widzenia artysty. Teraz punkt widzenia obserwatora społeczeństwa. - Siostra (katolicka) Wendy Beckett której „Historia malarstwa” była moim pierwszym przewodnikiem po sztuce uznała, że „Piss Christ” jako „dzieło” jest świetnym powodem do zastanowienia się nad stosunkiem współczesnych ludzi do Chrystusa. Można sobie radzić z kontrowersjami nie obrażając się na nie.
Otwartym pozostaje problem czy „Piss Christ” jest „dziełem sztuki”. Tzn – czy pola semantyczne do których się odnosi zawierają się jeszcze w pojęciu sztuki. Ja osobiście bym wolał, by oprócz konceptu, sztuka zawierała w sobie jeszcze pewien błysk tekhne. Wsadzenie krzyża do szklanki z sikami nie wypełnia tego warunku.
Łukasz Hrynkiewicz
Tak też potraktowałem poniższy tekst Stanisława. Z jedną różnicą: bardzo bliska jest mi idea ustanowienia w pojmowaniu świata jakiegoś porządku, zaopatrzenia mechanizmu interpretacyjnego w jakąś determinantę ważnościową. Niestety, większość tych, którzy mają podobny cel z moim nazywani są „oszołomami”. Chciałoby się powiedzieć – na własna prośbę. Nie potrafią zrozumieć, a może nie potrafią się zgodzić ze zmianą która JUŻ NASTAŁA. A podejmując działania lekceważące tę zmianę sprawiają, że są one przeciwskuteczne. Dlatego, mimo że forma, która przyjął Stanisław nie jest mi obca, zabolała mnie ona, bo odbiera nam legitymację racjonalną. Na pewno jest wyrazista i głośna, ale czy to jest cena, która warto zapłacić za popularność (z resztą ciągle jeszcze, niepewną)? Moim zdaniem nie. Lekkomyślnym byłoby utracić prawo głosu przez przypadkowe pohukiwania.
Spróbuje teraz pokrótce odnieść się do paru, z wielu problemów poruszonych przez Stanisława.
Oczywiście, że tematyka prac Nebredy czy Witkina, ich określoność formy, chciało by się powiedzieć „przewidywalność” sprawia, że są to autorzy bardziej zjadliwi dla klasycyzującego oka. Należy jednak zadać sobie pytanie – czy „fason” ten jest konieczny? Czy to nie jest ten samo rodzaj brzydoty, ta sama „dewiacyjność”, którą można spotkać choćby u Libery? W czym oni są lepsi?
„Zmierzch prawdy ostatecznej” jest niestety faktem, przed którym można się bronić dopiero uświadomiwszy go sobie. Można ślubować wiarę nowemu (swojemu) systemowi ale tylko, jeżeli przyznamy przed sobą, że dokonaliśmy arbitralnego wyboru. Różne systemy (religijne) różnie się przed tym bronią – chrześcijaństwo uznaje, że niezależnie czy się wierzy w Boga będąc prawosławnym, czy mahometaninem trafi się do nieba, jeżeli będzie się dobrym człowiekiem. Islam natomiast utrzymuje że będąc chrześcijaninem... raczej do nieba się nie trafi. Odbiera nam prawo do 72 hurys w Dżannahu. Gdy nasza, europejska, chrześcijańska kultura wycofuje się z żądań uniwersalizmu, gdzie można szukać „prawdy ostatecznej”? Tylko w sobie, tylko na własnych warunkach.
I tak Stanisław ma całkowita rację pisząc, że słowa odnoszące się do sztuki i religii wymagają ponownego zdiagnozowania i podania współcześnie użytecznych ich definicji. Problemem pozostaje jak to zrobić w świetle braku stałego odniesienia, braku „prawdy
ostatecznej”.
Dokładnie tak samo rzecz się ma z poczuciem grzechu i „dewiacji”. Ponieważ Stanisław określił siebie, jako przemawiającego zza konserwatywnego arsenału znaczeń, myślę, że jestem w stanie domyślić się co uważa za grzech i dewiację. Obawiam się jednak, że gdyby doszło do konfrontacji między Stanisławem i ludźmi tak jak on rozumiejącymi te terminy, a reszta świata, grupa Stanisława okazałby się jedną z milionów małych grupek – w żaden sposób nie wyróżniającą się na tle innych. Dlaczego więc mamy zakładać, że takie rozumienie grzechu, powiedzmy tradycyjne (dla Europy, dla Polski), konserwatywne, jest najlepsze? Na jakiej podstawie. Zabrano nam oścień przebijający bańki heretyckich myśli. Można przeciw niemu wierzgać. Oścień nie zareaguje.
Marzę, po nocach spać nie mogę wyobrażając sobie świat jednoznacznych wartości i jasnych praw. Przewidywalnych postaw i pewnych przyszłości. Ile razy nadchodzi świt, zastaje mnie z tą samą, zrezygnowaną myślą – hic transit gloria mundi. Ale nic na to nie poradzę buntując się, odwracając plecami i udając, że jednak nic się nie zmieniło, a to co się jednak zmieniło to „dewiacje”, z którymi trzeba walczyć. Dewiacje te są dla ludzi zbyt wygodne, by je tak łatwo (na razie) odrzucili. Kryje się w nich wielkie zagrożenie, ale lata minąć muszą by zostały one rozpoznane. (I pytaniem jest wobec czego jest to zagrożenie – czy rzeczywiście wobec ludzkości, czy może tylko wobec „tradycyjnego sposobu pojmowania świata” a „nowy” wcale nie będzie taki zły.)
I jeszcze słowo o Jezusie w urynie. Całkiem niedawno usłyszałem komentarz na temat tego zdjęcia brzmiący mniej więcej tak: „hmm... całkiem niezły efekt z tą gęstawą, żółtą cieczą, oczywiście można było go uzyskać w inny sposób, ale ten przecież był najprostszy”. - Punkt widzenia artysty. Teraz punkt widzenia obserwatora społeczeństwa. - Siostra (katolicka) Wendy Beckett której „Historia malarstwa” była moim pierwszym przewodnikiem po sztuce uznała, że „Piss Christ” jako „dzieło” jest świetnym powodem do zastanowienia się nad stosunkiem współczesnych ludzi do Chrystusa. Można sobie radzić z kontrowersjami nie obrażając się na nie.
Otwartym pozostaje problem czy „Piss Christ” jest „dziełem sztuki”. Tzn – czy pola semantyczne do których się odnosi zawierają się jeszcze w pojęciu sztuki. Ja osobiście bym wolał, by oprócz konceptu, sztuka zawierała w sobie jeszcze pewien błysk tekhne. Wsadzenie krzyża do szklanki z sikami nie wypełnia tego warunku.
Łukasz Hrynkiewicz
niedziela, 27 grudnia 2009
Dialektyka refleksji
W odpowiedzi na zarzuty:
Absolutnie zgadzam się z tym, że przywilej odrzucenia sztuki współczesnej przysługuje tym, którzy podjęli próbę jej zrozumienia. Jeżeli z mojego tekstu wynika, że takiej próby nigdy nie podjąłem i w związku z tym sztuki współczesnej nie uznaję, to jestem zmuszony zaprzeczyć i się obronić. Po zapoznaniu się z komentarzem Łukasza do mojego tekstu, odniosłem wrażenie, że zarzuca mi się w nim nieuzasadnione atakowanie artysty i nurtu, który reprezentuje. Istotnie, moja wypowiedź miała charakter atakujący i krytyczny, a argumenty (lub ich brak), którymi się posłużyłem widocznie były bardzo słabe. Zarzuty Łukasza bardzo mnie pobudziły i sprowokowały do podjęcia próby obronienia pewnych opinii, które przedstawiłem (tych, które obronić w ogóle się da – Łukasz miejscami bezapelacyjnie obalił moje sądy). Zanim do tego przystąpię wyjaśnić muszę drobne nieporozumienie - w moim tekście nigdzie nie przyznałem się do tego, że sztuki współczesnej nie uznaję, ani że jej nie lubię i w mojej opinii nie „wyzywałem” żadnych sposobów wyrazu, a po prostu je krytykowałem. Przejdźmy do sedna sprawy! Postaram się po kolei odpowiedzieć na te fragmenty tekstu Łukasza, z którymi czuje się na siłach podjąć dyskusję.
„Można ubolewać nad tym, że w sztuce współczesnej nie są obecne kategorie piękna i fasonu.” Myślę, że zaszło tu pewne nieporozumienie, wynikające z tego, że zupełnie nie wyjaśniłem co rozumiem przez piękno i fason. Gdy to zrobię jasne stanie się, że wcale nie uważam, aby obecność tych kategorii w najprostszym rozumieniu, była koniecznym warunkiem uznania czegoś za sztukę. Pragnę w tym miejscu zaprosić Łukasza do dyskusji, wymiany poglądów. Obaj z pewnością wiemy, że ewentualne spory na tym gruncie nie muszą być ostatecznie rozstrzygnięte, zwłaszcza, że ich temat, czyli istota sztuki jest czymś co zawsze będzie nam się wymykać. W kontekście takich dyskusji sztuka może nabierać nowych znaczeń, może być odkrywana na nowo, przez co stawać się może sztuką jeszcze bardziej.
Poszło o piękno i fason. Otóż mój własny pogląd na sztukę opiera się na założeniu (być może niesłusznym, może nieuzasadnionym), że jest ona sposobem na poznanie świata. Jest sposobem na to alternatywnym względem nauki i religii, choć z tą jest w pewien sposób związana. Poznanie świata postrzegam jako ideał spełniany tworzeniem sztuki, uprawianiem nauki i poszukiwaniem Boga, czyli religią. Myślę, że w każdym przypadku punktem wyjścia i celem jest prawda. Prawdę przydałoby się w tym miejscu jakoś zdefiniować, jednak to zadanie ponad moje siły. Zresztą to czym tak naprawdę ona jest niezupełnie wiadomo, na tym polega cały jej urok i dlatego też wciąż jej szukamy. Prawda w jakiś intuicyjny sposób łączy się w ludzkiej świadomości z pięknem, zaś kłamstwo z brzydotą. Taką tezę można uzasadnić obszernym wykładem dotyczącym historii przedstawiania prawdy i piękna w sztuce. Kłamstwo jest domeną szatana, prawda domeną Boga. W tym kontekście ciekawe staje się zwłaszcza zwrócenie uwagi na oszukane piękno szatana. Szatan jako pół gad - półczłowiek w malarstwie renesansowym, jest częstym motywem.


Wedle koncepcji, którą proponuję, fason sztuki wyznacza stopień w jakim jest ona związana z prawdą. Podobnie jest z nauką, która z prawdą radzi sobie w zgoła odmienny sposób, mianowicie poprzez swoją żelazną metodologię. Uważam, że wielka sztuka zawsze jest szukaniem prawdy i piękna. Paradoksalnie (albo w oczywisty sposób), ukazywanie w sztuce brzydoty, zła, cierpienia, nędzy, leży w samy sercu takich poszukiwań. Dlatego współczesna sztuka abjektu bywa pełna fasonu. Ja na przykład posługuje się przedstawianą tu koncepcją sztuki, jako kluczem, kryterium przy ocenie rozmaitej twórczości. Ponieważ nie mamy w tym przypadku do czynienia z nauką, moje kryterium nie spełnia wymogów akademickich. Nie chciałbym sprowadzać swojej koncepcji do zbioru twierdzeń logicznych i na tej podstawie uznawać coś za fałsz lub prawdę.
Chcąc podać przykład twórczości współczesnej osadzonej w poszukiwaniach prawdy wskazałbym fotografie Nebredy. Oczywista dewiacja i ohydność epatująca z twórczości Nebredy pozwala nam przeżyć niebywały wstrząs. To zetknięcie ze światem szaleńca, który jest tak daleko pogrążony w obłędzie, że prawdopodobnie nigdy go nie zrozumiemy. Możemy go zamknąć w izolatce i szprycować go lekami, aż stanie się warzywem. Jednak on jest i chce nam coś pokazać! Trudno pisać o idei Nebredy, to sztuka w najwyższym stopniu schizofreniczna, lecz widać w niej istnienie upiornych zakamarków ludzkiej duszy. Fason.


Podobnie Witkin i fotografie martwych i poćwiartowanych ludzi. Wstrętne! Jednak prace Witkina zawierają w sobie coś więcej niż reportażowe zdjęcia zniszczonych zwłok, rodem z czasopisma „Zły”. Znowu dewiacja, tym razem nekrofilska. Znowu szok i protest, niczym odruch wymiotny przy połykaniu zgnilizny. W Witkinie zanurzamy się na chwilę i możemy poczuć lęk, bo niektóre kompozycję są ładne, fotografie mają swoją estetykę, swój czar. Stop!!! Przecież to okropne jak ja mogę się w tym nurzać?! Fason.

Podsumowując moją myśl – nie postrzegam sztuki jako umykającej wszystkim kategoriom. Musi ona być skrępowana jedynie wartościami prawdy i piękna, te są constans w sztuce każdej epoki. Sztuka abjektu pozwala poznawać piękno życia i świata zbliżając człowieka do najgorszych i najstraszniejszych odmętów jego istnienia, tych istniejących rzeczywiście i będących fantazją.
„Zmierzch prawdy ostatecznej.” Moim zdaniem jest równoznaczny z końcem sztuki, nauki i religii (są tacy, którzy to oficjalnie ogłaszają). W tym miejscu pragnę nawiązać również do tego fragmentu tekstu Łukasza, w którym pisze o ewolucji znaczeń słów. To rzeczywiście ciągły proces, który ma miejsce i dzisiaj być może trzeba na nowo zdefiniować terminy: sztuka, nauka, religia? Skoro odpada nam koncepcja prawdy ostatecznej, jest to konieczne! I stąd moje obawy. Zajmuje w tej sprawie jasne stanowisko, które określić można mianem konserwatywnego.
Ostatnio natknąłem się na przejaw podobnej opinii w książce Narkotyki, niemyte dusze: „Zanika na wszystkich punktach ambicja stworzenia czegoś doskonałego samego w sobie, chęć prawdziwego wysiłku i szczerości i dążenia do prawdy…” pisał o swoich obawach wobec sztuki współczesnej Witkacy.
„Podniecenie się własną formą”. Nie jestem kompetentny aby podjąć dyskusję nad formalizmem w sztuce i być może dlatego to co napisałem (w poprzednim tekście) nie znajdzie uzasadnienia. Chciałem po prostu zwrócić uwagę na to, że sztuka może tracić fason wynikający z poszukiwania prawdy, przez swoisty rodzaj skorumpowania własnym wyrazem. Staje się wtedy kreatywną zabawą przedmiotami i znaczeniami, bez głębi i przeżycia estetycznego. Posłużę się terminem psychologicznym – sztuka taka nie ma charakteru transgresyjnego (Józef Kozielecki, Psychotransgresjonizm), w tym sensie, że nie wnosi nowych jakości. Taka sztuka również jest twórczością, lecz w mojej opinii o mniejszym fasonie. Być może moja krytyka była w tym miejscu nietrafiona i przeoczyłem jakieś treści w dziełach Libery? To co napisałem było luźną i powierzchowną opinią, możliwe, że niesłuszną. Szlus.
Sztuki Libery nie nazwałem złą. Mało tego! Gdybym miał wybrać rzeczywistość, w której nie ma Libery i jego twórczości, to bym tego nie zrobił.
Sprawa dewiacji i kompleksu Edypa w sztuce Libery. Łukasz obalił moje farmazony. Spróbuję obronić jakieś resztki sensu mojej poprzedniej wypowiedzi. Dewiacja w sztuce zawsze była obecna. Zastanawiam się natomiast kiedy sztuka pokazuje dewiację i pozwala ją poznać, spróbować zrozumieć, a kiedy dewiacja wymyka się w niej spod kontroli. To wymknięcie nie musi być oczywistym złamaniem tabu, przegięciem struny, czymś nie do zaakceptowania. Przecież wspomniany na przykład Witkin tego dokonał. Wydaje mi się jednak, że w pełni świadomie i pod kontrolą charakterystyczną dla każdego artysty, który wysyła w świat jakiś przygotowany przez siebie komunikat. U Libery dostrzegłem (to subiektywne odczucia) treści, których nie zaplanował. Skojarzyły mi się pewne motywy przez niego podjęte, w sposób nieprzewidziany. Matka, kobieta, lalka, pielęgniarka. Poczułem jego ambiwalentny stosunek do tej sfery, do archetypu Animy. Poddałem to krytyce, którą uzasadniłbym podając cytat z Junga: „Artysta został zatopiony w zdrowych i zbawczych siłach zbiorowej psychiki (...) która użycza wspólnego rytmu całej ludzkiej egzystencji oraz pozwala jednostce na komunikowanie swoich uczuć i dążeń ludzkości jako całości. Tajemnica twórczości artystycznej i efektywności sztuki polega na powrocie do stanu partycypacji mistycznej, tj. do tego poziomu doświadczenia, na jakim znajduje się człowiek żyjący, nie zaś jednostka.” Pisał też, że „aspekt personalny jest w sztuce ograniczeniem, a nawet grzechem.” Wystawę Libery odebrałem jako ograniczoną właśnie w ten sposób, co wydało mi się godne skrytykowania o tyle, że artysta nie dał śladu jakoby się do tego przyznawał i był tego świadom.
Anima, którą odczytałem w twórczości Libery skojarzyła mi się z kompleksem Edypa. Nieświadomym pożądaniem nawet nie tyle własnej matki, co Animy, które objawiać się może w agresywnym i okrutnym, chociaż jakże wyrafinowanym jej potraktowaniu. Z takim odczuciem można się oczywiście nie zgadzać, sam nie jestem pewien czy mam rację. Brak postaci ojca postrzegam natomiast jako właśnie uzasadniający moją tezę o kompleksie Edypa. W swojej twórczości Libera mógł stworzyć świat gdzie on sam bezkonkurencyjnie dominuje nad matką… To po prostu pomysł, skojarzenie, nie chciałbym aby było odczytane jako krzywdzące dla artysty przez swoją fałszywość. Dopuszczam, że się po prostu w tamtym miejscu pomyliłem, zbłądziłem w interpretacji.
Nie potępiam Libery, chociaż Łukasz i inni czytelnicy mojego tekstu mogli tak mnie zrozumieć. Jadowity ton mojej wypowiedzi wziął się z ogólnej refleksji nad sztuką współczesną, że rozleniwia ludzi, zdejmuje z nich ciężar wstydu i jest optymistyczna wobec grzechu. Taka refleksja po prostu mnie naszła.
Grzech. W liturgii Kościoła termin ten oznacza stan oddalenia od Boga, czyli czyn, który prowadzi do oddalenia od Boga jako źródła życia. „Pismo Święte antropomorfizując Boga, określa grzesznikiem tego, który czyni zło w „oczach Bożych”. Grzech wprawdzie nie wyrządza krzywdy Bogu samemu, ale rani „serce Boga”, ponieważ jego skutki są dotkliwe dla tych, których On kocha.” (Ryszard Knapiński, Grzechy główne w nauce i tradycji średniowiecznego Kościoła, Warszawa 2006). Jak już wspominałem postrzegam religię, naukę i sztukę jako sposoby na poznanie świata. W tym kontekście dążenie do Boga, jest dążeniem do prawdy, a grzech nas od niej oddala.

Tolerowanie grzechu przez sztukę, to znaczy usprawiedliwianie grzesznych postępków ludzkich, jest schodzeniem z drogi poznania świata, drogi wiodącej do prawdy. Grzech taki popełnia na przykład sztuka propagandowa, której widmo unosi się nad każdą sztuką zaangażowaną. Sztuka polityczna jest zakłamywaniem rzeczywistości, jeżeli traktuje się ją jako narzędzie wpływu. Nie dostarcza ona przeżyć estetycznych ani katarktycznych. Nie ma charakteru transgresyjnego. Pragnę jeszcze zwrócić uwagę na pewną analogię pomiędzy „trzema wielkimi sposobami na poznanie świata”. W religii doświadcza się objawienia, lub przeżycia mistycznego. W nauce dokonuje się odkryć poprzez wgląd (Einsicht – psychologia Gestalt) i olśnienia. Sztuka daje nam prawdę poprzez przeżycie estetyczne (teoria Romana Ingardena) i katharsis.
Swoją krytykę Libery umieściłem w pewnym kontekście społecznym i tak naprawdę chodziło mi o skrytykowanie samego kontekstu. Chodzi oczywiście o sprawę parytetu. Dziękuję Łukaszowi oraz innym osobom, które zwróciły mi uwagę na obelżywy charakter mojej wypowiedzi. Przepraszam za to!
Jednak sprawa podłączania się lewicowych działaczy politycznych pod kontrowersyjną twórczość Libery jest z pewnością godna omówienia. Dlatego proponuję abyśmy na naszym blogu podjęli dyskusję na temat tego swoistego zaangażowania sztuki w sprawy bieżących wydarzeń polityczno-społecznych. Temat wydaje mi się o tyle ciekawy, że przecież trudno posądzać na przykład Liberę o świadome zaangażowanie swoją wystawą w sprawę parytetu.
Tekst opublikowany przeze mnie na blogu o tytule Libera w Zachęcie jest paszkwilem. Przyznaje się do tego. Napisałem go luźną ręką, nie zastanawiając się zbyt wiele. Przyznaje się też do tego, że odczuwałem dziwną podnietę wynikającą z możliwości obrażania innych ludzi, ich dokonań i poglądów. To wstydliwe wyznanie zamieszczam tutaj jako dowód na to, że sam uznałem swój tekścik za niegodny i nieprzyzwoity.
Na zakończenie zaproponuję rozpoczęcie dyskusji nad pytaniem o to, na ile sztuka może sobie pozwolić na nietolerowanie religii i jej koncepcji grzechu, aby wciąż pozostawała sztuką? Pytanie stawiam w kontekście kierunku obranego przez sztukę współczesną, którego kulminacją jest zanurzanie Jezusa w urynie ( Andres Serrano, 1993).
Obrazy zamieszczone w tekście w kolejności pojawiania się:
Hugo van der Goes "Upadek" około roku 1480
Raphael Santi "Adam i Ewa" pomiędzy 1509-1511 rokiem
Hieronim Bosch "Siedem grzechów głównych" około roku 1480
Stanisław A. Kieniewicz
Absolutnie zgadzam się z tym, że przywilej odrzucenia sztuki współczesnej przysługuje tym, którzy podjęli próbę jej zrozumienia. Jeżeli z mojego tekstu wynika, że takiej próby nigdy nie podjąłem i w związku z tym sztuki współczesnej nie uznaję, to jestem zmuszony zaprzeczyć i się obronić. Po zapoznaniu się z komentarzem Łukasza do mojego tekstu, odniosłem wrażenie, że zarzuca mi się w nim nieuzasadnione atakowanie artysty i nurtu, który reprezentuje. Istotnie, moja wypowiedź miała charakter atakujący i krytyczny, a argumenty (lub ich brak), którymi się posłużyłem widocznie były bardzo słabe. Zarzuty Łukasza bardzo mnie pobudziły i sprowokowały do podjęcia próby obronienia pewnych opinii, które przedstawiłem (tych, które obronić w ogóle się da – Łukasz miejscami bezapelacyjnie obalił moje sądy). Zanim do tego przystąpię wyjaśnić muszę drobne nieporozumienie - w moim tekście nigdzie nie przyznałem się do tego, że sztuki współczesnej nie uznaję, ani że jej nie lubię i w mojej opinii nie „wyzywałem” żadnych sposobów wyrazu, a po prostu je krytykowałem. Przejdźmy do sedna sprawy! Postaram się po kolei odpowiedzieć na te fragmenty tekstu Łukasza, z którymi czuje się na siłach podjąć dyskusję.
„Można ubolewać nad tym, że w sztuce współczesnej nie są obecne kategorie piękna i fasonu.” Myślę, że zaszło tu pewne nieporozumienie, wynikające z tego, że zupełnie nie wyjaśniłem co rozumiem przez piękno i fason. Gdy to zrobię jasne stanie się, że wcale nie uważam, aby obecność tych kategorii w najprostszym rozumieniu, była koniecznym warunkiem uznania czegoś za sztukę. Pragnę w tym miejscu zaprosić Łukasza do dyskusji, wymiany poglądów. Obaj z pewnością wiemy, że ewentualne spory na tym gruncie nie muszą być ostatecznie rozstrzygnięte, zwłaszcza, że ich temat, czyli istota sztuki jest czymś co zawsze będzie nam się wymykać. W kontekście takich dyskusji sztuka może nabierać nowych znaczeń, może być odkrywana na nowo, przez co stawać się może sztuką jeszcze bardziej.
Poszło o piękno i fason. Otóż mój własny pogląd na sztukę opiera się na założeniu (być może niesłusznym, może nieuzasadnionym), że jest ona sposobem na poznanie świata. Jest sposobem na to alternatywnym względem nauki i religii, choć z tą jest w pewien sposób związana. Poznanie świata postrzegam jako ideał spełniany tworzeniem sztuki, uprawianiem nauki i poszukiwaniem Boga, czyli religią. Myślę, że w każdym przypadku punktem wyjścia i celem jest prawda. Prawdę przydałoby się w tym miejscu jakoś zdefiniować, jednak to zadanie ponad moje siły. Zresztą to czym tak naprawdę ona jest niezupełnie wiadomo, na tym polega cały jej urok i dlatego też wciąż jej szukamy. Prawda w jakiś intuicyjny sposób łączy się w ludzkiej świadomości z pięknem, zaś kłamstwo z brzydotą. Taką tezę można uzasadnić obszernym wykładem dotyczącym historii przedstawiania prawdy i piękna w sztuce. Kłamstwo jest domeną szatana, prawda domeną Boga. W tym kontekście ciekawe staje się zwłaszcza zwrócenie uwagi na oszukane piękno szatana. Szatan jako pół gad - półczłowiek w malarstwie renesansowym, jest częstym motywem.


Wedle koncepcji, którą proponuję, fason sztuki wyznacza stopień w jakim jest ona związana z prawdą. Podobnie jest z nauką, która z prawdą radzi sobie w zgoła odmienny sposób, mianowicie poprzez swoją żelazną metodologię. Uważam, że wielka sztuka zawsze jest szukaniem prawdy i piękna. Paradoksalnie (albo w oczywisty sposób), ukazywanie w sztuce brzydoty, zła, cierpienia, nędzy, leży w samy sercu takich poszukiwań. Dlatego współczesna sztuka abjektu bywa pełna fasonu. Ja na przykład posługuje się przedstawianą tu koncepcją sztuki, jako kluczem, kryterium przy ocenie rozmaitej twórczości. Ponieważ nie mamy w tym przypadku do czynienia z nauką, moje kryterium nie spełnia wymogów akademickich. Nie chciałbym sprowadzać swojej koncepcji do zbioru twierdzeń logicznych i na tej podstawie uznawać coś za fałsz lub prawdę.
Chcąc podać przykład twórczości współczesnej osadzonej w poszukiwaniach prawdy wskazałbym fotografie Nebredy. Oczywista dewiacja i ohydność epatująca z twórczości Nebredy pozwala nam przeżyć niebywały wstrząs. To zetknięcie ze światem szaleńca, który jest tak daleko pogrążony w obłędzie, że prawdopodobnie nigdy go nie zrozumiemy. Możemy go zamknąć w izolatce i szprycować go lekami, aż stanie się warzywem. Jednak on jest i chce nam coś pokazać! Trudno pisać o idei Nebredy, to sztuka w najwyższym stopniu schizofreniczna, lecz widać w niej istnienie upiornych zakamarków ludzkiej duszy. Fason.


Podobnie Witkin i fotografie martwych i poćwiartowanych ludzi. Wstrętne! Jednak prace Witkina zawierają w sobie coś więcej niż reportażowe zdjęcia zniszczonych zwłok, rodem z czasopisma „Zły”. Znowu dewiacja, tym razem nekrofilska. Znowu szok i protest, niczym odruch wymiotny przy połykaniu zgnilizny. W Witkinie zanurzamy się na chwilę i możemy poczuć lęk, bo niektóre kompozycję są ładne, fotografie mają swoją estetykę, swój czar. Stop!!! Przecież to okropne jak ja mogę się w tym nurzać?! Fason.

Podsumowując moją myśl – nie postrzegam sztuki jako umykającej wszystkim kategoriom. Musi ona być skrępowana jedynie wartościami prawdy i piękna, te są constans w sztuce każdej epoki. Sztuka abjektu pozwala poznawać piękno życia i świata zbliżając człowieka do najgorszych i najstraszniejszych odmętów jego istnienia, tych istniejących rzeczywiście i będących fantazją.
„Zmierzch prawdy ostatecznej.” Moim zdaniem jest równoznaczny z końcem sztuki, nauki i religii (są tacy, którzy to oficjalnie ogłaszają). W tym miejscu pragnę nawiązać również do tego fragmentu tekstu Łukasza, w którym pisze o ewolucji znaczeń słów. To rzeczywiście ciągły proces, który ma miejsce i dzisiaj być może trzeba na nowo zdefiniować terminy: sztuka, nauka, religia? Skoro odpada nam koncepcja prawdy ostatecznej, jest to konieczne! I stąd moje obawy. Zajmuje w tej sprawie jasne stanowisko, które określić można mianem konserwatywnego.
Ostatnio natknąłem się na przejaw podobnej opinii w książce Narkotyki, niemyte dusze: „Zanika na wszystkich punktach ambicja stworzenia czegoś doskonałego samego w sobie, chęć prawdziwego wysiłku i szczerości i dążenia do prawdy…” pisał o swoich obawach wobec sztuki współczesnej Witkacy.
„Podniecenie się własną formą”. Nie jestem kompetentny aby podjąć dyskusję nad formalizmem w sztuce i być może dlatego to co napisałem (w poprzednim tekście) nie znajdzie uzasadnienia. Chciałem po prostu zwrócić uwagę na to, że sztuka może tracić fason wynikający z poszukiwania prawdy, przez swoisty rodzaj skorumpowania własnym wyrazem. Staje się wtedy kreatywną zabawą przedmiotami i znaczeniami, bez głębi i przeżycia estetycznego. Posłużę się terminem psychologicznym – sztuka taka nie ma charakteru transgresyjnego (Józef Kozielecki, Psychotransgresjonizm), w tym sensie, że nie wnosi nowych jakości. Taka sztuka również jest twórczością, lecz w mojej opinii o mniejszym fasonie. Być może moja krytyka była w tym miejscu nietrafiona i przeoczyłem jakieś treści w dziełach Libery? To co napisałem było luźną i powierzchowną opinią, możliwe, że niesłuszną. Szlus.
Sztuki Libery nie nazwałem złą. Mało tego! Gdybym miał wybrać rzeczywistość, w której nie ma Libery i jego twórczości, to bym tego nie zrobił.
Sprawa dewiacji i kompleksu Edypa w sztuce Libery. Łukasz obalił moje farmazony. Spróbuję obronić jakieś resztki sensu mojej poprzedniej wypowiedzi. Dewiacja w sztuce zawsze była obecna. Zastanawiam się natomiast kiedy sztuka pokazuje dewiację i pozwala ją poznać, spróbować zrozumieć, a kiedy dewiacja wymyka się w niej spod kontroli. To wymknięcie nie musi być oczywistym złamaniem tabu, przegięciem struny, czymś nie do zaakceptowania. Przecież wspomniany na przykład Witkin tego dokonał. Wydaje mi się jednak, że w pełni świadomie i pod kontrolą charakterystyczną dla każdego artysty, który wysyła w świat jakiś przygotowany przez siebie komunikat. U Libery dostrzegłem (to subiektywne odczucia) treści, których nie zaplanował. Skojarzyły mi się pewne motywy przez niego podjęte, w sposób nieprzewidziany. Matka, kobieta, lalka, pielęgniarka. Poczułem jego ambiwalentny stosunek do tej sfery, do archetypu Animy. Poddałem to krytyce, którą uzasadniłbym podając cytat z Junga: „Artysta został zatopiony w zdrowych i zbawczych siłach zbiorowej psychiki (...) która użycza wspólnego rytmu całej ludzkiej egzystencji oraz pozwala jednostce na komunikowanie swoich uczuć i dążeń ludzkości jako całości. Tajemnica twórczości artystycznej i efektywności sztuki polega na powrocie do stanu partycypacji mistycznej, tj. do tego poziomu doświadczenia, na jakim znajduje się człowiek żyjący, nie zaś jednostka.” Pisał też, że „aspekt personalny jest w sztuce ograniczeniem, a nawet grzechem.” Wystawę Libery odebrałem jako ograniczoną właśnie w ten sposób, co wydało mi się godne skrytykowania o tyle, że artysta nie dał śladu jakoby się do tego przyznawał i był tego świadom.
Anima, którą odczytałem w twórczości Libery skojarzyła mi się z kompleksem Edypa. Nieświadomym pożądaniem nawet nie tyle własnej matki, co Animy, które objawiać się może w agresywnym i okrutnym, chociaż jakże wyrafinowanym jej potraktowaniu. Z takim odczuciem można się oczywiście nie zgadzać, sam nie jestem pewien czy mam rację. Brak postaci ojca postrzegam natomiast jako właśnie uzasadniający moją tezę o kompleksie Edypa. W swojej twórczości Libera mógł stworzyć świat gdzie on sam bezkonkurencyjnie dominuje nad matką… To po prostu pomysł, skojarzenie, nie chciałbym aby było odczytane jako krzywdzące dla artysty przez swoją fałszywość. Dopuszczam, że się po prostu w tamtym miejscu pomyliłem, zbłądziłem w interpretacji.
Nie potępiam Libery, chociaż Łukasz i inni czytelnicy mojego tekstu mogli tak mnie zrozumieć. Jadowity ton mojej wypowiedzi wziął się z ogólnej refleksji nad sztuką współczesną, że rozleniwia ludzi, zdejmuje z nich ciężar wstydu i jest optymistyczna wobec grzechu. Taka refleksja po prostu mnie naszła.
Grzech. W liturgii Kościoła termin ten oznacza stan oddalenia od Boga, czyli czyn, który prowadzi do oddalenia od Boga jako źródła życia. „Pismo Święte antropomorfizując Boga, określa grzesznikiem tego, który czyni zło w „oczach Bożych”. Grzech wprawdzie nie wyrządza krzywdy Bogu samemu, ale rani „serce Boga”, ponieważ jego skutki są dotkliwe dla tych, których On kocha.” (Ryszard Knapiński, Grzechy główne w nauce i tradycji średniowiecznego Kościoła, Warszawa 2006). Jak już wspominałem postrzegam religię, naukę i sztukę jako sposoby na poznanie świata. W tym kontekście dążenie do Boga, jest dążeniem do prawdy, a grzech nas od niej oddala.

Tolerowanie grzechu przez sztukę, to znaczy usprawiedliwianie grzesznych postępków ludzkich, jest schodzeniem z drogi poznania świata, drogi wiodącej do prawdy. Grzech taki popełnia na przykład sztuka propagandowa, której widmo unosi się nad każdą sztuką zaangażowaną. Sztuka polityczna jest zakłamywaniem rzeczywistości, jeżeli traktuje się ją jako narzędzie wpływu. Nie dostarcza ona przeżyć estetycznych ani katarktycznych. Nie ma charakteru transgresyjnego. Pragnę jeszcze zwrócić uwagę na pewną analogię pomiędzy „trzema wielkimi sposobami na poznanie świata”. W religii doświadcza się objawienia, lub przeżycia mistycznego. W nauce dokonuje się odkryć poprzez wgląd (Einsicht – psychologia Gestalt) i olśnienia. Sztuka daje nam prawdę poprzez przeżycie estetyczne (teoria Romana Ingardena) i katharsis.
Swoją krytykę Libery umieściłem w pewnym kontekście społecznym i tak naprawdę chodziło mi o skrytykowanie samego kontekstu. Chodzi oczywiście o sprawę parytetu. Dziękuję Łukaszowi oraz innym osobom, które zwróciły mi uwagę na obelżywy charakter mojej wypowiedzi. Przepraszam za to!
Jednak sprawa podłączania się lewicowych działaczy politycznych pod kontrowersyjną twórczość Libery jest z pewnością godna omówienia. Dlatego proponuję abyśmy na naszym blogu podjęli dyskusję na temat tego swoistego zaangażowania sztuki w sprawy bieżących wydarzeń polityczno-społecznych. Temat wydaje mi się o tyle ciekawy, że przecież trudno posądzać na przykład Liberę o świadome zaangażowanie swoją wystawą w sprawę parytetu.
Tekst opublikowany przeze mnie na blogu o tytule Libera w Zachęcie jest paszkwilem. Przyznaje się do tego. Napisałem go luźną ręką, nie zastanawiając się zbyt wiele. Przyznaje się też do tego, że odczuwałem dziwną podnietę wynikającą z możliwości obrażania innych ludzi, ich dokonań i poglądów. To wstydliwe wyznanie zamieszczam tutaj jako dowód na to, że sam uznałem swój tekścik za niegodny i nieprzyzwoity.
Na zakończenie zaproponuję rozpoczęcie dyskusji nad pytaniem o to, na ile sztuka może sobie pozwolić na nietolerowanie religii i jej koncepcji grzechu, aby wciąż pozostawała sztuką? Pytanie stawiam w kontekście kierunku obranego przez sztukę współczesną, którego kulminacją jest zanurzanie Jezusa w urynie ( Andres Serrano, 1993).
Obrazy zamieszczone w tekście w kolejności pojawiania się:
Hugo van der Goes "Upadek" około roku 1480
Raphael Santi "Adam i Ewa" pomiędzy 1509-1511 rokiem
Hieronim Bosch "Siedem grzechów głównych" około roku 1480
Stanisław A. Kieniewicz
czwartek, 24 grudnia 2009
Polemika
Wpis "Libera w Zachęcie" wywołał burzliwe spory, dotarło do nas wiele krytycznych komentarzy. Dziś przedstawiamy jeden z nich autorstwa Łukasza Hrynkiewicza. Zachęcamy do przesyłania kolejnych.
Można „sztuki współczesnej” (sztuki końca XX i początku XXI wieku, sztuki tworzonej w czasach nam współczesnych) nie lubić, można nawet nie uznawać, ale taki przywilej uzyskuje się dopiero po próbie zrozumienia jej. Nie trzeba składać hołdów artystom, którzy po raz kolejny, epatując brzydotą czy skandalem starają się zwrócić na siebie i swoją twórczość uwagę, ale nie można wyzywać ich sposobów wyrazu dlatego, że świat który prezentują okazuje się być niekompatybilny z naszym.
Można ubolewać, że w sztuce współczesnej nie są obecne kategorie „piękna i fasonu” (czymkolwiek jest ta druga) jednak tak już stało się z powodu historyczności czasu, że sama kategoria sztuki zaczyna być ograniczana coraz mniejszą liczbą innych kategorii. Na pewno jedną z ograniczających nie jest piękno. Krytykowanie jakiegoś konkretnego „dzieła sztuki” z powodu nie odnoszenia się do kategorii już nie koniecznej, jest krytykowaniem warunków ideowych w jakich tworzy artysta i, co za tym idzie, tak samo bezcelowe. Jest niezrozumieniem istoty sztuki i jej powiązań ze światem teorii, fantazmatów i zwykłego ludzkiego życia. Z tej samej argumentacji wychodząc, można krytykować sztukę antyczną za jej „klasyczność” czy sztukę średniowieczną za jej symboliczność. Życie człowieka starożytnego inne było niż życie ludzi średniowiecza – tak różni się i nasze życie od życia naszych antenatów. Inne są też granice sztuki. Można ubóstwiać alegorie średniowiecza czy wyszukanie formy antyku, a nie lubić poszerzenia granic sztuki, które nastąpiło około XIX wieku i wyjątkowo ekspansywne stało się w wieku XX. Jednak protesty przeciwko nim nie mają punktu zaczepienia, gdyż przedefiniowywanie zastałych instytucji, terminów, sposobów życia jest integralną częścią człowieka, odbywało się zawsze.

Człowiek obecnie dysponuje możliwością wyboru pomiędzy dwoma podejściami do życia doczesnego. Może wybierać między związaniem swojego działania z jakąś siłą metafizyczną, czasami nienamacalna tylko, i może uznać, że metafizyczność, która mu się jawi jako transcendentna, tak naprawdę jest wytworem samego człowieka. Konkretyzując – może wierzyć w Boga, a może uznać, że Bóg to idol (odwołując się do greckiego źródłosłowu aidolon), wyobrażenie ludzkich potrzeb i ludzkiej słabości. Przenosząc ten problem na grunt sztuki – artysta może trzymać się określonej wąsko formy i do niej tylko się odwoływać, może jednak też skorzystać z tego co przyniósł mu wiatr czasu. Nie można go jednak krytykować za dokonanie takiego a nie innego wyboru – w sytuacji gdy nastał „zmierzch prawdy ostatecznej” szaleństwem byłoby żądanie utrzymania jednej ideologi.
Natomiast krytyka sztuki (czy sposobu życia przecież też!)z punktu widzenia odzwierciedlania realiów, prawdziwości czy nawet utylitarnej przydatności jest całkowicie uprawniona i wręcz konieczna. Problemem bowiem staje się rola sztuki. W świecie gdzie wszystkim wolno wszytko, twórczość nie zamknięta żadnymi granicami staje się niezrozumiałą i obawiam się że też nieprzydatną. Ale granic tych obiektywnie nie ma i nie ma co nad tym ubolewać. Jedyne czym można się ratować to próbą znalezienia argumentu, dajmy na to, za malowaniem obrazów klasycyzujących zamiast przedstawianie masturbującego się mężczyzny. Ja takich argumentów wskazać nie jestem w stanie, myślę jednak, że one istnieją. Również odczuwam metafizyczny niepokój oglądając „sztukę” w wykonaniu Libery. A jest on spowodowany przez skupienie przez twórcę swojej artystycznej uwagi na rzeczach – wg mnie – jej niegodnych. Niestety, jeszcze raz powtórzę – nie ma argumentów na poparcie mojego sądu, bo argumenty te bardzo trudno zdobyć nie odwołując się do jakiejkolwiek innej instancji niż rozum ludzki. Na razie jednak nie znam takiej instancji. Być może jest to jedynie kwestia smaku i z czasem ze swojego sądu zrezygnuję. Albo, w co jednak wątpię, znajdę argumenty na jego obronę.
Tekst Staszka, natomiast, używa do krytyki twórczości Libery argumentów z zupełnie innego porządku. Poza odwoływaniem się do wspomnianej już kategorii piękna (a dokładniej do jego braku), które jest pojęciem względnym i relatywnym, nie tłumaczy czym piękno jest, i po co miałoby być. Może dla Autora oczywista jest konieczność istnienia piękna w sztuce, ale dla Libery widać niekoniecznie. I jeden sąd i drugi jest równie uprawniony. Dla jednego piękna jest zieleń, dla innego zieleń piękna nie jest, nie można powiedzieć, że ktoś tu jest w błędzie.
Kolejnym argumentem który brzmi jakby odnosił się do jakiegoś artysty-renegata jest zarzucenie Liberze „podniecenia się własną formą”. Nie jestem pewien czy Autor czuje się kompetentny, do oceny formy twórczości Libery, ale widać, ze taka próbę podjął – niestety znowu używając argumentów z innej rzeczywistości wyjętych – nie można mówić o jakimkolwiek „formalizmie” w sztuce współczesnej. Granice formy są bardzo szeroko rozstawione i Libera na pewno w nich się mieści. Jeżeli natomiast, pisząc forma Autor miał na myśli temat, treść dzieła (wskazuje na to odniesienie się do „formy lalki”, formy kobiecości” - w oczywisty sposób są to raczej toposy, materia, niż jakakolwiek forma. Zresztą później pisze o „motywie matki”) to, niestety, dopuścił się nadużycia terminologicznego. Jednak, sądzę, że można w tych miejscach, gdzie jest mowa o formie znaleźć pewien trop, rozszyfrować po części powód krytyki, której poddał Staszek twórczość Libery – nie podoba się Autorowi sposób przedstawiania świata (min. kobiet) wybrany przez Liberę. Zaznaczam wybrany, bo każdy człowiek stoi w dzisiejszych czasach przed koniecznością wyboru. Mi też się może nie podobać. Pani Krysi z Czechówka też. Tylko co z tego? No nic, to nie jest powód by nazwać sztukę „złą”. Uwielbiam Matejkę, mimo że nie przepadam za Chełmońskim – nigdy jednak nie uznałbym wyższości pierwszego nad drugim, bądź co gorsza, zdezawuował Chełmońskiego. Mieli całkowicie różne założenia formalne (sic!) i inna tematyka ich interesowała. Nie sądzę jednak by ktokolwiek starał się wykazywać wyższość jednej nad drugą.
Staszek boi się „że w dzisiejszych czasach słowa zmieniają swoje znaczenie”. Jestem w tym miejscu w stanie zgodzić się z Autorem – mi też to się nie podoba. Ale co z tego? Słowa zmieniały swoje znaczenie zawsze. Niech dobitnym przykładem będzie dupa, które to słowo na początku znaczyło dziura (źródłosłów pochodzi od dziupla), później ewoluowało do znaczenia bardzo wulgarnego przekleństwa, którego nie wypadało wypowiadać (podobnie jak pośladek, które to słowo jeszcze 70 lat temu było wyjątkowo niecenzuralne) a teraz jest niewzbudzającym większych emocji słowem języka potocznego (tak kategoryzują to słowo nowsze słowniki). Kiedyś nie wszyscy ludzie mieli te same prawa. Nie wszyscy mieli prawo do życia, mniejszość miała prawo do własności (właściwie wynikało to z wąsko rozumianej kategorii człowieka), Arystoteles pisał o człowieku niewolnym jako o żywym narzędziu.. Teraz prawo do szczęścia zostało wpisane w definicje człowieczeństwa, wraz z prawem do życia i samorealizacji. Definicje się zmieniają. Gdy czasem trafi do niej zasób, który nam nie odpowiada należy się zastanowić dlaczego nam nie odpowiada, nie dlaczego tam trafił, skoro trafił. Być może należy starać się podjąć jakieś działania by zmienić definicje, by na nią wpłynąć po raz kolejny, być może by zawężyć. Jednak próba obrażania się na zmieniony standard, nie uznawanie go w imię nie każdemu zrozumiałych wartości (bo skończył się czas wygodnego odnoszenia wszystkiego do jednej Prawdy) jest niestety przeciwskuteczna.
Znam prace, które mogłyby o wiele mocniej wskazywać na ewentualną „dewiacje” ich autora niż to wynikałoby z twórczości Libery – przynajmniej tej zaprezentowanej na omawianej wystawie. Trzymanie własnego penisa w reku, czy filmy z „pielęgnacji nad babcią” jak sam je nazywa artysta, nie wydają mi się przejawem dewiacji. Mogą co najwyżej być dla niektórych nieciekawe, niespełniające pewnych wartości, których się od sztuki wymaga. Jednak wtedy trzeba zaznaczyć jakich wartości się wymaga i co gorsza dlaczego właśnie takich.
Nie potrafię w ogóle odnaleźć analogii pomiędzy „nieprzepracowanym”, wg Staszka, kompleksem Edypa, a jego twórczością. Kompleks Edypa polega na odczuwania przez dziecko pożądania wobec matki i chęci zabicia ojca widzianego jako swojego rywala. Czy nieobecność w twórczości artysty figury ojca może świadczyć o kompleksie Edypa? Dodam jeszcze, że matka Libery obecna jest na jednym zdjęciu. Trzyma na nim aparat. Nawet najbardziej wiernemu wyznawcy Freuda trudno by chyba było znaleźć analogię między scena z tej fotografii a jakimkolwiek pociągiem seksualnym.
Jeżeli natomiast przez kompleks Edypa rozumie Autor pewnego rodzaju zawstydzenie, kompleks po prostu, który do tego powinien zachowywać pewne sfery naszego życia w ukryciu, to po pierwsze nie wiem po co do tego celu wskrzeszać Edypa, po drugie terminologia psychoanalityczna („przepracowanie”) wprowadza czytelnika w błąd. Takie rozumienie „kompleksu” nie wynika wprost z treści tekstu Staszka, jednak tylko wtedy pozostaje on zrozumiały. Rozumiem więc, że Autor domaga się, by w imię sprzeciwu wobec „grzechu lenistwa i przywar”(ale ale! proszę o definicję!) potępić Liberę... Żądanie co najmniej dziwne, jeżeli nie zostanie uargumentowane. Na razie nie zostało.
Autor stwierdza, że „dzisiaj artysta nie może być nietolerancyjny”. Nie wiem skąd ten sąd. Czyżby nie znał wielu jakże „nietolerancyjnych” artystów. Nie są to rodzynki. Bywają „nietolerancyjni” zarówno jeżeli chodzi o formę jak i o treść swojej sztuki. Bywają też artyści nietolerancyjni wobec innych nacji i ras, wobec innych religii i właśnie! nurtów w sztuce. Mamy pełne spektrum artystów. Nie wyobrażam sobie jak można zmusić artystów do „nietolerowania grzechu, lenistwa, przywary, dewiacji”. Proponuję najpierw próbę jednoznacznego zdefiniowania wyżej wymienionych pojęć. Obawiam się, że sama próba będzie karkołomna. To, że być może wolałbym kolejnego Wyspiańskiego z jego pastelowym światem, to kwestia mojego, subiektywnego gustu, upodobań. Jeżeli chciałbym kogoś do nich przekonać to jedyną drogą jest racjonalna argumentacja. Ja nie potrafię jej podać, z takiej pozycji więc nie ośmielę się krytykować twórczości Libery. Czy Staszek potrafi? Szczerze w to wątpię po przeczytaniu poniższej oceny. Być może należy starać się wpływać na jakość społecznych upodobań, to jedyne co można zrobić. Czeka jednak wtedy śmiałka konieczność jasnego stwierdzenia dlaczego jedną rzecz za lepszą a inną za gorszą uważa.
No i deser: parytet. Ponieważ inne osoby zostały wskazane imiennie do podjęcia tej kwestii ośmielę się tylko zauważyć, że można się z ideą wprowadzenia parytetów nie zgadzać, można wręcz uważać je za niepotrzebną i szkodliwą ale nie można obśmiewać ludzi, którzy uważają że im parytet się przydadzą i starają się w tym celu aktywizować społeczeństwo. Trzeba starać się znaleźć ludzi, którzy stwierdzą, że im parytet nie jest potrzebny, a być może i będzie szkodliwy. Nazywanie ludzi, którzy starają się realizować swoje postulaty „kretynami” jest obelżywe. Nazywanie kogokolwiek „kretynem” jest obelgą, a mściwe skierowanie takowej pod adresem swoich przeciwników ideologicznych jest obelgą prymitywną. Oczywiście nie bezprawną, jednak tak samo niepotrzebna nikomu jak wydłużający siusiaki „penis expander” (żeby skończyć porównaniem utrzymanym w duchu Staszka).
Łukasz Hrynkiewicz
Można „sztuki współczesnej” (sztuki końca XX i początku XXI wieku, sztuki tworzonej w czasach nam współczesnych) nie lubić, można nawet nie uznawać, ale taki przywilej uzyskuje się dopiero po próbie zrozumienia jej. Nie trzeba składać hołdów artystom, którzy po raz kolejny, epatując brzydotą czy skandalem starają się zwrócić na siebie i swoją twórczość uwagę, ale nie można wyzywać ich sposobów wyrazu dlatego, że świat który prezentują okazuje się być niekompatybilny z naszym.
Można ubolewać, że w sztuce współczesnej nie są obecne kategorie „piękna i fasonu” (czymkolwiek jest ta druga) jednak tak już stało się z powodu historyczności czasu, że sama kategoria sztuki zaczyna być ograniczana coraz mniejszą liczbą innych kategorii. Na pewno jedną z ograniczających nie jest piękno. Krytykowanie jakiegoś konkretnego „dzieła sztuki” z powodu nie odnoszenia się do kategorii już nie koniecznej, jest krytykowaniem warunków ideowych w jakich tworzy artysta i, co za tym idzie, tak samo bezcelowe. Jest niezrozumieniem istoty sztuki i jej powiązań ze światem teorii, fantazmatów i zwykłego ludzkiego życia. Z tej samej argumentacji wychodząc, można krytykować sztukę antyczną za jej „klasyczność” czy sztukę średniowieczną za jej symboliczność. Życie człowieka starożytnego inne było niż życie ludzi średniowiecza – tak różni się i nasze życie od życia naszych antenatów. Inne są też granice sztuki. Można ubóstwiać alegorie średniowiecza czy wyszukanie formy antyku, a nie lubić poszerzenia granic sztuki, które nastąpiło około XIX wieku i wyjątkowo ekspansywne stało się w wieku XX. Jednak protesty przeciwko nim nie mają punktu zaczepienia, gdyż przedefiniowywanie zastałych instytucji, terminów, sposobów życia jest integralną częścią człowieka, odbywało się zawsze.

Człowiek obecnie dysponuje możliwością wyboru pomiędzy dwoma podejściami do życia doczesnego. Może wybierać między związaniem swojego działania z jakąś siłą metafizyczną, czasami nienamacalna tylko, i może uznać, że metafizyczność, która mu się jawi jako transcendentna, tak naprawdę jest wytworem samego człowieka. Konkretyzując – może wierzyć w Boga, a może uznać, że Bóg to idol (odwołując się do greckiego źródłosłowu aidolon), wyobrażenie ludzkich potrzeb i ludzkiej słabości. Przenosząc ten problem na grunt sztuki – artysta może trzymać się określonej wąsko formy i do niej tylko się odwoływać, może jednak też skorzystać z tego co przyniósł mu wiatr czasu. Nie można go jednak krytykować za dokonanie takiego a nie innego wyboru – w sytuacji gdy nastał „zmierzch prawdy ostatecznej” szaleństwem byłoby żądanie utrzymania jednej ideologi.
Natomiast krytyka sztuki (czy sposobu życia przecież też!)z punktu widzenia odzwierciedlania realiów, prawdziwości czy nawet utylitarnej przydatności jest całkowicie uprawniona i wręcz konieczna. Problemem bowiem staje się rola sztuki. W świecie gdzie wszystkim wolno wszytko, twórczość nie zamknięta żadnymi granicami staje się niezrozumiałą i obawiam się że też nieprzydatną. Ale granic tych obiektywnie nie ma i nie ma co nad tym ubolewać. Jedyne czym można się ratować to próbą znalezienia argumentu, dajmy na to, za malowaniem obrazów klasycyzujących zamiast przedstawianie masturbującego się mężczyzny. Ja takich argumentów wskazać nie jestem w stanie, myślę jednak, że one istnieją. Również odczuwam metafizyczny niepokój oglądając „sztukę” w wykonaniu Libery. A jest on spowodowany przez skupienie przez twórcę swojej artystycznej uwagi na rzeczach – wg mnie – jej niegodnych. Niestety, jeszcze raz powtórzę – nie ma argumentów na poparcie mojego sądu, bo argumenty te bardzo trudno zdobyć nie odwołując się do jakiejkolwiek innej instancji niż rozum ludzki. Na razie jednak nie znam takiej instancji. Być może jest to jedynie kwestia smaku i z czasem ze swojego sądu zrezygnuję. Albo, w co jednak wątpię, znajdę argumenty na jego obronę.
Tekst Staszka, natomiast, używa do krytyki twórczości Libery argumentów z zupełnie innego porządku. Poza odwoływaniem się do wspomnianej już kategorii piękna (a dokładniej do jego braku), które jest pojęciem względnym i relatywnym, nie tłumaczy czym piękno jest, i po co miałoby być. Może dla Autora oczywista jest konieczność istnienia piękna w sztuce, ale dla Libery widać niekoniecznie. I jeden sąd i drugi jest równie uprawniony. Dla jednego piękna jest zieleń, dla innego zieleń piękna nie jest, nie można powiedzieć, że ktoś tu jest w błędzie.
Kolejnym argumentem który brzmi jakby odnosił się do jakiegoś artysty-renegata jest zarzucenie Liberze „podniecenia się własną formą”. Nie jestem pewien czy Autor czuje się kompetentny, do oceny formy twórczości Libery, ale widać, ze taka próbę podjął – niestety znowu używając argumentów z innej rzeczywistości wyjętych – nie można mówić o jakimkolwiek „formalizmie” w sztuce współczesnej. Granice formy są bardzo szeroko rozstawione i Libera na pewno w nich się mieści. Jeżeli natomiast, pisząc forma Autor miał na myśli temat, treść dzieła (wskazuje na to odniesienie się do „formy lalki”, formy kobiecości” - w oczywisty sposób są to raczej toposy, materia, niż jakakolwiek forma. Zresztą później pisze o „motywie matki”) to, niestety, dopuścił się nadużycia terminologicznego. Jednak, sądzę, że można w tych miejscach, gdzie jest mowa o formie znaleźć pewien trop, rozszyfrować po części powód krytyki, której poddał Staszek twórczość Libery – nie podoba się Autorowi sposób przedstawiania świata (min. kobiet) wybrany przez Liberę. Zaznaczam wybrany, bo każdy człowiek stoi w dzisiejszych czasach przed koniecznością wyboru. Mi też się może nie podobać. Pani Krysi z Czechówka też. Tylko co z tego? No nic, to nie jest powód by nazwać sztukę „złą”. Uwielbiam Matejkę, mimo że nie przepadam za Chełmońskim – nigdy jednak nie uznałbym wyższości pierwszego nad drugim, bądź co gorsza, zdezawuował Chełmońskiego. Mieli całkowicie różne założenia formalne (sic!) i inna tematyka ich interesowała. Nie sądzę jednak by ktokolwiek starał się wykazywać wyższość jednej nad drugą.
Staszek boi się „że w dzisiejszych czasach słowa zmieniają swoje znaczenie”. Jestem w tym miejscu w stanie zgodzić się z Autorem – mi też to się nie podoba. Ale co z tego? Słowa zmieniały swoje znaczenie zawsze. Niech dobitnym przykładem będzie dupa, które to słowo na początku znaczyło dziura (źródłosłów pochodzi od dziupla), później ewoluowało do znaczenia bardzo wulgarnego przekleństwa, którego nie wypadało wypowiadać (podobnie jak pośladek, które to słowo jeszcze 70 lat temu było wyjątkowo niecenzuralne) a teraz jest niewzbudzającym większych emocji słowem języka potocznego (tak kategoryzują to słowo nowsze słowniki). Kiedyś nie wszyscy ludzie mieli te same prawa. Nie wszyscy mieli prawo do życia, mniejszość miała prawo do własności (właściwie wynikało to z wąsko rozumianej kategorii człowieka), Arystoteles pisał o człowieku niewolnym jako o żywym narzędziu.. Teraz prawo do szczęścia zostało wpisane w definicje człowieczeństwa, wraz z prawem do życia i samorealizacji. Definicje się zmieniają. Gdy czasem trafi do niej zasób, który nam nie odpowiada należy się zastanowić dlaczego nam nie odpowiada, nie dlaczego tam trafił, skoro trafił. Być może należy starać się podjąć jakieś działania by zmienić definicje, by na nią wpłynąć po raz kolejny, być może by zawężyć. Jednak próba obrażania się na zmieniony standard, nie uznawanie go w imię nie każdemu zrozumiałych wartości (bo skończył się czas wygodnego odnoszenia wszystkiego do jednej Prawdy) jest niestety przeciwskuteczna.
Znam prace, które mogłyby o wiele mocniej wskazywać na ewentualną „dewiacje” ich autora niż to wynikałoby z twórczości Libery – przynajmniej tej zaprezentowanej na omawianej wystawie. Trzymanie własnego penisa w reku, czy filmy z „pielęgnacji nad babcią” jak sam je nazywa artysta, nie wydają mi się przejawem dewiacji. Mogą co najwyżej być dla niektórych nieciekawe, niespełniające pewnych wartości, których się od sztuki wymaga. Jednak wtedy trzeba zaznaczyć jakich wartości się wymaga i co gorsza dlaczego właśnie takich.
Nie potrafię w ogóle odnaleźć analogii pomiędzy „nieprzepracowanym”, wg Staszka, kompleksem Edypa, a jego twórczością. Kompleks Edypa polega na odczuwania przez dziecko pożądania wobec matki i chęci zabicia ojca widzianego jako swojego rywala. Czy nieobecność w twórczości artysty figury ojca może świadczyć o kompleksie Edypa? Dodam jeszcze, że matka Libery obecna jest na jednym zdjęciu. Trzyma na nim aparat. Nawet najbardziej wiernemu wyznawcy Freuda trudno by chyba było znaleźć analogię między scena z tej fotografii a jakimkolwiek pociągiem seksualnym.
Jeżeli natomiast przez kompleks Edypa rozumie Autor pewnego rodzaju zawstydzenie, kompleks po prostu, który do tego powinien zachowywać pewne sfery naszego życia w ukryciu, to po pierwsze nie wiem po co do tego celu wskrzeszać Edypa, po drugie terminologia psychoanalityczna („przepracowanie”) wprowadza czytelnika w błąd. Takie rozumienie „kompleksu” nie wynika wprost z treści tekstu Staszka, jednak tylko wtedy pozostaje on zrozumiały. Rozumiem więc, że Autor domaga się, by w imię sprzeciwu wobec „grzechu lenistwa i przywar”(ale ale! proszę o definicję!) potępić Liberę... Żądanie co najmniej dziwne, jeżeli nie zostanie uargumentowane. Na razie nie zostało.
Autor stwierdza, że „dzisiaj artysta nie może być nietolerancyjny”. Nie wiem skąd ten sąd. Czyżby nie znał wielu jakże „nietolerancyjnych” artystów. Nie są to rodzynki. Bywają „nietolerancyjni” zarówno jeżeli chodzi o formę jak i o treść swojej sztuki. Bywają też artyści nietolerancyjni wobec innych nacji i ras, wobec innych religii i właśnie! nurtów w sztuce. Mamy pełne spektrum artystów. Nie wyobrażam sobie jak można zmusić artystów do „nietolerowania grzechu, lenistwa, przywary, dewiacji”. Proponuję najpierw próbę jednoznacznego zdefiniowania wyżej wymienionych pojęć. Obawiam się, że sama próba będzie karkołomna. To, że być może wolałbym kolejnego Wyspiańskiego z jego pastelowym światem, to kwestia mojego, subiektywnego gustu, upodobań. Jeżeli chciałbym kogoś do nich przekonać to jedyną drogą jest racjonalna argumentacja. Ja nie potrafię jej podać, z takiej pozycji więc nie ośmielę się krytykować twórczości Libery. Czy Staszek potrafi? Szczerze w to wątpię po przeczytaniu poniższej oceny. Być może należy starać się wpływać na jakość społecznych upodobań, to jedyne co można zrobić. Czeka jednak wtedy śmiałka konieczność jasnego stwierdzenia dlaczego jedną rzecz za lepszą a inną za gorszą uważa.
No i deser: parytet. Ponieważ inne osoby zostały wskazane imiennie do podjęcia tej kwestii ośmielę się tylko zauważyć, że można się z ideą wprowadzenia parytetów nie zgadzać, można wręcz uważać je za niepotrzebną i szkodliwą ale nie można obśmiewać ludzi, którzy uważają że im parytet się przydadzą i starają się w tym celu aktywizować społeczeństwo. Trzeba starać się znaleźć ludzi, którzy stwierdzą, że im parytet nie jest potrzebny, a być może i będzie szkodliwy. Nazywanie ludzi, którzy starają się realizować swoje postulaty „kretynami” jest obelżywe. Nazywanie kogokolwiek „kretynem” jest obelgą, a mściwe skierowanie takowej pod adresem swoich przeciwników ideologicznych jest obelgą prymitywną. Oczywiście nie bezprawną, jednak tak samo niepotrzebna nikomu jak wydłużający siusiaki „penis expander” (żeby skończyć porównaniem utrzymanym w duchu Staszka).
Łukasz Hrynkiewicz
wtorek, 22 grudnia 2009
Libera i Libera
"Kim jest artysta w dzisiejszym świecie?" pyta Antoni Libera. Powtórzmy to pytanie w kontekście omawianej wcześniej twórczości Zbigniewa Libery. (Zbieżność nazwisk przydaje naszym rozważaniom odrobinę surrealistycznego nastroju. Wprowadza również pewien niepokój związany z koncepcjami manichejskiego dualizmu.)

Zacytujmy: "Oświeceniowa nieufność wobec skostniałych porządków, jakoż postulat i wizja permanentnego postępu, wyrodziły się z kolei w nieustanną, sztucznie nakręcaną pogoń za nowością oraz w anarchistyczną tendencję do przekraczania coraz to większych tabu. Romantyczna idea indywidualizmu wreszcie i wywodząca się z niej apoteoza subiektywnego spojrzenia wyrodziły się w kult czczego egotyzmu i ekshibicjonizmu." Gdzie w diagnozie kreślonej przez Antoniego, autora "Madame" lokować można Zbigniewa, twórcę "Universal Penis Expander"?
Zacytujmy: "Oświeceniowa nieufność wobec skostniałych porządków, jakoż postulat i wizja permanentnego postępu, wyrodziły się z kolei w nieustanną, sztucznie nakręcaną pogoń za nowością oraz w anarchistyczną tendencję do przekraczania coraz to większych tabu. Romantyczna idea indywidualizmu wreszcie i wywodząca się z niej apoteoza subiektywnego spojrzenia wyrodziły się w kult czczego egotyzmu i ekshibicjonizmu." Gdzie w diagnozie kreślonej przez Antoniego, autora "Madame" lokować można Zbigniewa, twórcę "Universal Penis Expander"?
piątek, 18 grudnia 2009
Libera w Zachęcie
Wczoraj wraz z przyjaciółmi odwiedziliśmy Galerię Zachęta, aby obejrzeć prace słynnego artysty – Libery.

Czarnobiała golizna, dużo genitaliów na fotkach bardzo artystycznie wyglądających i ogryzek w pochwie, a raczej (z przeproszeniem) w piździe.
Sztuka zboczenia i kompleksu, pełna lęków przed dobrem, pięknem i fasonem. Lęki te nie wydają mi się być zamierzoną treścią w twórczości artysty, a sprężyną, która wychodzi mu bokiem, bo za duże jego napięcie i podniecenie jego własną formą. Formą lalki, ideału piękności, sprzętu do rzeźbienia sylwetek, formą kobiecości. Takie współczesne formy, postępowe, świetnie podpatrzone, przecież „lego”! Skutecznie Libera zasiewa niepokój wokół tego wszystkiego.
Ja nie obawiam się manii powiększania penisów i hodowania młodych kulturystów. Nie boje się, że zaczną sprzedawać dzieciom klocki do budowania obozów koncentracyjnych. Boje się natomiast tego, że w dzisiejszych czasach słowa zmieniają swoje znaczenie, w dużej mierze za sprawą współczesnych artystów, zwłaszcza bazujących na prowokacji i kontrowersyjności. I tak u Libery kompleks Edypa, przestaje być kompleksem. Motyw matki pielęgniarki, w połączeniu z obrazami opieki nad starcami, których trzeba oczyszczać z ich gówna i moczu. Ten ambiwalentny stosunek do Matki i przez nią do kobiecego ciała widzianego jako lalki. Lalki, której trzeba ogolić krocze, bo nie wypada mieć owłosionego łona ładnej dziewczynce. Właśnie tu sprężyna wychodzi bokiem, bo kompleks, który jest i tak aż nader widoczny nie zostaje przepracowany a zamienia się w dewiację seksualną.
Dzisiaj artysta nie może być nietolerancyjny. Musi iść na czele tego tolerancyjnego pochodu. Dać ludziom ukojenie, zdjąć z nich ciężki krzyż religijności i życia w zgodzie z naukami proroków. Uczy tolerować grzech, lenistwo, przywarę, dewiację.
Pokazuje, że nie musimy już się silić na przyzwoitość i obyczaje, które uchodzić zaczynają za przesadzone, w jakiej postaci by nie były.
Gdyby Edyp żył w dzisiejszych czasach, nie mielibyśmy jego kompleksu. Mielibyśmy pewnie jego prawo. Edypa prawo do dewiacji. Bez wątpienia domagaliby się go ludzie głoszący chwałę tolerancji, sprawiedliwości i równości.
W Zachęcie zanim się rozebraliśmy i poszliśmy na wystawę, przede mną i Gustawem stanęła młoda uśmiechnięta dziewczyna, która zaprosiła nas do podpisania się pod koncepcją wprowadzenia parytetu dla kobiet w sejmie. Bardzo nas ucieszyło, że wreszcie mieliśmy okazję do zamanifestowania naszego stosunku do tego pomysłu. „Przecież to godzi w podstawy demokracji i zasady wolnego rynku!” Powiedział Gustaw nie pozostawiając oponentce zbyt dużego pola do manewru w jej próbach uargumentowania słuszności parytetu kobiet. Mina dziewczyny przybrała oburzony wyraz i zdawała się pytać nas - ale jak to?!
Dzień wcześniej rozmawiałem o sprawie z moim dziadkiem, który spytał „czemu zaraz nie zrobić parytetu kulawych?” Posłużyłem się tym tekstem, bo wydał mi się zabawny i wnet naskoczyła na mnie jakaś starsza pani, bardzo dynamiczna i butna w obejściu i jęła w agresywny sposób zadawać pytania: „a po co zaraz sprawę do absurdu sprowadzać?!" ; albo przedstawiać tezy: „Kobiety nie są dostatecznie reprezentowane w sejmie!” ; zapowiadała też: "My i tak ten parytet wprowadzimy!”.
Polemikę z samą ideologią tych kretynów mam nadzieję, że podejmie Gustaw lub Janek. Sam ograniczę się do skomentowania tego w ten sposób:
Jedno jest pewne. Zasadzają się w Zachęcie, gdzie pokazują gołe fiuty i prowokują obozami koncentracyjnymi zbudowanymi z lego, bo tam kręcą się typy, którym brak męstwa i przyzwoitości na tyle by powiedzieć: „to niegodne i nieprzyzwoite”. Lgną podniecać się sztuką Libery i są zachwyceni bo przy okazji mogą podpisać się jako zwolennicy parytetu kobiet w sejmie. Są postępowi jak sam „penis expander” Libery.
Czarnobiała golizna, dużo genitaliów na fotkach bardzo artystycznie wyglądających i ogryzek w pochwie, a raczej (z przeproszeniem) w piździe.
Sztuka zboczenia i kompleksu, pełna lęków przed dobrem, pięknem i fasonem. Lęki te nie wydają mi się być zamierzoną treścią w twórczości artysty, a sprężyną, która wychodzi mu bokiem, bo za duże jego napięcie i podniecenie jego własną formą. Formą lalki, ideału piękności, sprzętu do rzeźbienia sylwetek, formą kobiecości. Takie współczesne formy, postępowe, świetnie podpatrzone, przecież „lego”! Skutecznie Libera zasiewa niepokój wokół tego wszystkiego.
Ja nie obawiam się manii powiększania penisów i hodowania młodych kulturystów. Nie boje się, że zaczną sprzedawać dzieciom klocki do budowania obozów koncentracyjnych. Boje się natomiast tego, że w dzisiejszych czasach słowa zmieniają swoje znaczenie, w dużej mierze za sprawą współczesnych artystów, zwłaszcza bazujących na prowokacji i kontrowersyjności. I tak u Libery kompleks Edypa, przestaje być kompleksem. Motyw matki pielęgniarki, w połączeniu z obrazami opieki nad starcami, których trzeba oczyszczać z ich gówna i moczu. Ten ambiwalentny stosunek do Matki i przez nią do kobiecego ciała widzianego jako lalki. Lalki, której trzeba ogolić krocze, bo nie wypada mieć owłosionego łona ładnej dziewczynce. Właśnie tu sprężyna wychodzi bokiem, bo kompleks, który jest i tak aż nader widoczny nie zostaje przepracowany a zamienia się w dewiację seksualną.
Dzisiaj artysta nie może być nietolerancyjny. Musi iść na czele tego tolerancyjnego pochodu. Dać ludziom ukojenie, zdjąć z nich ciężki krzyż religijności i życia w zgodzie z naukami proroków. Uczy tolerować grzech, lenistwo, przywarę, dewiację.
Pokazuje, że nie musimy już się silić na przyzwoitość i obyczaje, które uchodzić zaczynają za przesadzone, w jakiej postaci by nie były.
Gdyby Edyp żył w dzisiejszych czasach, nie mielibyśmy jego kompleksu. Mielibyśmy pewnie jego prawo. Edypa prawo do dewiacji. Bez wątpienia domagaliby się go ludzie głoszący chwałę tolerancji, sprawiedliwości i równości.
W Zachęcie zanim się rozebraliśmy i poszliśmy na wystawę, przede mną i Gustawem stanęła młoda uśmiechnięta dziewczyna, która zaprosiła nas do podpisania się pod koncepcją wprowadzenia parytetu dla kobiet w sejmie. Bardzo nas ucieszyło, że wreszcie mieliśmy okazję do zamanifestowania naszego stosunku do tego pomysłu. „Przecież to godzi w podstawy demokracji i zasady wolnego rynku!” Powiedział Gustaw nie pozostawiając oponentce zbyt dużego pola do manewru w jej próbach uargumentowania słuszności parytetu kobiet. Mina dziewczyny przybrała oburzony wyraz i zdawała się pytać nas - ale jak to?!
Dzień wcześniej rozmawiałem o sprawie z moim dziadkiem, który spytał „czemu zaraz nie zrobić parytetu kulawych?” Posłużyłem się tym tekstem, bo wydał mi się zabawny i wnet naskoczyła na mnie jakaś starsza pani, bardzo dynamiczna i butna w obejściu i jęła w agresywny sposób zadawać pytania: „a po co zaraz sprawę do absurdu sprowadzać?!" ; albo przedstawiać tezy: „Kobiety nie są dostatecznie reprezentowane w sejmie!” ; zapowiadała też: "My i tak ten parytet wprowadzimy!”.
Polemikę z samą ideologią tych kretynów mam nadzieję, że podejmie Gustaw lub Janek. Sam ograniczę się do skomentowania tego w ten sposób:
Jedno jest pewne. Zasadzają się w Zachęcie, gdzie pokazują gołe fiuty i prowokują obozami koncentracyjnymi zbudowanymi z lego, bo tam kręcą się typy, którym brak męstwa i przyzwoitości na tyle by powiedzieć: „to niegodne i nieprzyzwoite”. Lgną podniecać się sztuką Libery i są zachwyceni bo przy okazji mogą podpisać się jako zwolennicy parytetu kobiet w sejmie. Są postępowi jak sam „penis expander” Libery.
Subskrybuj:
Posty (Atom)